Weeks of shame – czyli dlaczego insulinooporni mają napady na słodycze

Tytuł nie jest przypadkowy, przy czym na samym początku chciałam zaznaczyć, że nie miałam zamiaru nim nikogo urazić, dotyczy stricte mnie.  Za sobą mam mniej więcej 2 tygodnie jedzenia słodyczy, a zdałam sobie z tego sprawę dopiero dziś, mój mózg mnie przechytrzył, a w dodatku wykorzystał do tego moje postanowienia noworoczne. Jak to możliwe?

To może być nieprawdopodobne, ale czasem działamy “na podświadomości”, świadomość w tym samym czasie zajmuje się sprawami bieżącymi. Dzięki temu w pewnych sytuacjach działamy na tzw. automacie i tracimy mniej energii życiowej na pierdoły. Wyobrażacie sobie np. świadome żucie każdego kęsa jedzenia, podejmowanie decyzji związanych z każdym ruchem szczęki, zastanawianie się nad tym co i w jakiej kolejności będziecie brać z talerza, każdorazowe wybieranie ręki, w której będziecie tym razem trzymać widelec… Nie wymieniłam nawet 1/10 decyzji jakie trzeba by podejmować podczas spożywania posiłków. Już po śniadaniu musielibyśmy kłaść się spać, bo po takiej ilości bodźców, mózg potrzebowałby odpoczynku. Podświadomość działa zgodnie z naszymi wartościami, przekonaniami i postanowieniami, ma to mnóstwo plusów, bo pozwala nam dotrzeć do wyznaczonych celów, ale jeśli niepoprawnie skonstruujemy cele, czyli tak, że będą w nich “luki” to może się okazać, że zadziałają na nas niekorzystnie.

Po co o tym wspominam? Bo sama stałam się ofiarą swoich postanowień… W zeszłym roku wydałam sporo pieniędzy na jedzenie na mieście, potrafiłam iść gdzieś coś zjeść sama, bo nie chciało mi się gotować. W tym roku postanowiłam, że stołować się na mieście mogę tylko podczas spotkań ze znajomymi. Lubię próbować nowe dania, smaki, połączenia itp. więc dałam sobie zielone światło na jedzenie wszystkiego, włącznie z deserami. 😉 Nie wzięłam tylko pod uwagę tego, że ze znajomymi na miasto będę wychodzić 6 razy w tygodniu, czasem umawiałam się z jedną osobą rano, a wieczorem z drugą, no i oczywiście za każdym razem mogłam wziąć deser, bo tak wynikało z postanowienia. Drugie postanowienie, które okazało się dla mnie nie do końca korzystne, to pozwolenie sobie na jedzenie słodyczy podczas miesiączki. Wypisując postanowienia (nawet tu na blogu), zaznaczyłam, że może to być wyłącznie gorzka czekolada, ale jednak gorzka czekolada to przecież w domyśle słodycze, prawda? No i nie wzięłam pod uwagę tego, że podczas “tych dni” mogę wcale nie mieć ochoty na czekoladę, a jednocześnie potrzebować więcej energii i w konsekwencji chcieć zjeść coś słodkiego. 😉 Tak więc kupiłam suszone ananasy, szczęśliwa i nieświadoma zajadałam się nimi po obiedzie, aż mi się uszy trzęsły, bo przecież one były suszone, a nie kandyzowane, więc tak zdrowe, że aż słów brak. 😉 Na prawdę zapomniałam o tym, że mają dużo cukrów prostych. Tak więc jadłam je codziennie przez 7 dni, miesiączka mi się skończyła, a ja zaczynałam mieć coraz większą ochotę na słodkie. Dopiero wczoraj zorientowałam się co jest grane, bo już od 2 miesięcy nie miałam “napadów na słodycze”, a tu nagle powróciły.

No i przyszedł czas na kilka słów o insulinooporności. Poprzez ciągłe dostarczanie organizmowi cukrów prostych doprowadziłam do podwyższenia poziomu insuliny we krwi. U zdrowego człowieka poziom insuliny spada wraz ze spadkiem poziomu glukozy, ponieważ insulina pomaga w transporcie tego cukru do komórek organizmu. U insulinoopornych komórki tak jakby nie lubią się z insuliną, więc cukier nie przenika do komórek, a jego wysoki poziom utrzymuje się długo we krwi. Dla organizmu jest to sygnał, że trzeba wyprodukować więcej insuliny, po to by obniżyć poziom cukru, trzustka produkuje insulinę, poziom cukru w końcu maleje, a insulina pozostaje we krwi. Organizm chce zbić tym razem insulinę, więc żąda cukru, stąd u osób z insulinoopornością napady na słodycze. Im taka sytuacja trwa dłużej, tym jest bardziej patologiczna i bardziej niebezpieczna, bo może doprowadzić do cukrzycy. O tym całym mechanizmie przypomniałam sobie wczoraj wieczorem gdy wrzucałam zdjęcia na instastory, bo dopiero wtedy zobaczyłam, że przez cały dzień jadłam węglowodany proste i ciągle miałam na nie ochotę, a już dawno tak nie było. Gdyby nie to, że znałam ten cały mechanizm, mogłabym trwać w takiej sytuacji przez bardzo długi czas, obwiniać siebie, nazywać się w najlepszym przypadku żarłokiem. Oczywiście to moja wina, sama doprowadziłam siebie do takiego stanu, ale świadomość tego co się dzieje, ułatwi mi wyjście z błędnego koła, w którym kiedyś tkwiłam bardzo długo. Mam nadzieję, ze ten post otworzy niektórym osobom oczy, nie tylko insulinoopornym, ale także tym zdrowym, którzy nie rozumieją tego jak ktoś nie może przestać jeść, nie może schudnąć. Dziś już jadłam tak jak powinnam, nawet nie mam ochoty na słodycze, za tydzień dam wam znać jak poradziłam sobie z tą sytuacją. Co powiecie na cykl o insulinooporności? 😉

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *