Zajadanie emocji – ja zajadacz

Pamiętam chwilę, w której zdałam sobie sprawę, że zajadam emocje, że jedzenie jest moim sposobem na radości, smutki i stres. Wracałam wtedy z pracy. Pracowałam do 20, więc w domu byłam przed 21. Nie jadałam kolacji w pracy, więc po powrocie do domu byłam zazwyczaj bardzo głodna. Tak było i tym razem, pomyślałam sobie, że jestem zmęczona, zła, miałam ciężki dzień, więc zasługuję na “chwilę przyjemności”. 

Szłam w stronę sklepu, bo miałam kupić sobie coś co poprawi mi humor, zazwyczaj były to chipsy, ptasie mleczko, czekolada, lody. Szczerze mówiąc dziś nie pamiętam czy wtedy poszłam do sklepu i czy kupiłam sobie coś na poprawę nastroju, ale nie zapomnę tego, kiedy uświadomiłam sobie, że rozgryzłam swój problem. Mogłoby się wydawać, że będę załamana, ale wręcz przeciwnie, wiedziałam, że dostrzeżenie problemu to co najmniej połowa sukcesu.

To nie przypadek, że mnie tak nagle olśniło. Byłam już wtedy w trakcie psychoterapii, uczyłam się dostrzegać i nazywać swoje emocje, gdyby nie to, że nauczyłam się dostrzegać, że jestem zła, rozczarowana, znudzona, podirytowana, smutna i wtedy sięgam po jedzenie, to nie zauważyłabym co się ze mną dzieje. Oczywiście nie tylko reagowałam tak na negatywne emocje, pozytywne zajadałam jeszcze chętniej. 😛 W przypadku tych negatywnych jedzenie było dla mnie pocieszeniem, pozytywnych – nagrodą.

Gdy dostrzegłam problem u siebie już sporo o nim wiedziałam, słyszałam już wcześniej o zajadaniu emocji, zdawałam sobie sprawę z istnienia nawyków, pętli nawyków i że nawyku nie da się tak łatwo wyeliminować. Nie umiałam rodzić sobie z emocjami, nie wiedziałam jak dać im ujście i robiłam to poprzez jedzenie. Zajadanie pojawiało się u mnie wieczorami, po powrocie do domu. Zazwyczaj byłam wtedy zmęczona, moje zasoby energetyczne były na niskim poziomie (dodam, że należę do grupy wysokowrażliwych) i nie miałam na tyle silnej woli aby oprzeć się pokusom. Dostrzegłam problem – zajadanie emocji, bodziec – powrót do domu wieczorem i mijanie sklepu, dodatkowo, tak jak już wcześniej pisałam, zazwyczaj byłam wtedy fizycznie głodna, co utrudniało mi dostrzeżenie problemu wcześniej, bo myślałam, że to mój brak silnej woli jest powodem mojego objadania się wieczorami.

Wiedziałam, że nie wyeliminuję problemu z dnia na dzień, wiedziałam, że to już mój nawyk. Najpierw zaczęłam brać kolację do pracy, zostawałam czasem nawet pół godziny dłużej żeby ją zjeść, by nie być głodną po powrocie do domu. To trochę pomogło, ale nie wyeliminowało problemu, bo problem był inny. Dalej zdarzało mi się iść do sklepu po pracy, mimo to, że fizycznie nie byłam głodna. Tak jak wspomniałam, wiedziałam, że jest to mój nawyk, nie mogłam go wyeliminować, ale mogłam go zmienić i tak właśnie zaczęłam robić. Zamiast kupować niezdrowe słodycze, zaczęłam wybierać te zdrowsze wersje czyli ciasto marchewkowe, gorzką czekoladę, wafelki bez cukru, musy owocowe. Chipsy zamieniłam najpierw na solone orzechy, po jakimś czasie wybierałam już orzechy bez soli, a nawet w pewnym momencie chipsy zamieniłam na tatara. Po pewnym czasie jedzenie zamieniłam na rozmowę telefoniczną, jogę, medytację, czytanie książki, słuchanie audiobooka, malowanie, robienie zdjęć, oglądanie komedii lub spacer.

Taka zmiana nie trwała tydzień, ani miesiąc tylko dużo dłużej. Nie jestem w stanie powiedzieć jak długo, ale myślę, że około roku i że trwa nadal. Zmiana to proces. Nauczyłam się, ze jeśli chcesz coś zmienić, to nie możesz porównywać się w tej kwestii z innymi, możesz tylko i wyłącznie porównywać się ze sobą z przeszłości, tylko w ten sposób można zobaczyć czy następuje progres. Dodam tu jeszcze, że nie jestem ideałem i czasem zapominam o tej zasadzie, ale na szczęście ostatnio w porę sobie o niej przypominam (czasem dość późno, ale lepiej późno niż wcale 😛 ).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *